Tygodniowy wyjazd do USA, gdzie głównym gwoździem programu ma być zwiedzenie Portland oraz zaliczenie live jednego z domowych spotkań, zaczyna się tak naprawdę pod koniec 2012 roku. Wtedy też, po trzyletnim pobycie w ostatni dzień zatrzymuje mnie tamtejsza drogówka i oświadcza o zatrzymaniu prawa jazdy za niezapłacony mandat, o którym nie mam nawet pojęcia. Cała historia jest dosyć tajemnicza, ale jedną z konsekwencji staje się podobno wydany na mnie nakaz aresztowania… Nie wiem czy w amerykańskich więzieniach mają NBA League Pass.
Cały dzień przed odlotem spędzam na szukaniu swojego nazwiska na publikowanych przez wszystkie sądy listy osób poszukiwanych. Nie ma mnie. Docieram do owego mandatu - zapłacony. W końcu znajduje kopię nakazu aresztowania i dzwonię bezpośrednio do sądu. Odpowiedź: jak najbardziej zapraszamy do nas, wystarczy zapłacić zaległość i ma być dobrze. Oczywiście zgodnie z zasadą, iż trudno będzie traktować to jako dowód przy jednak innym podejściu policjanta na lotnisku mam mieszane uczucia. No nic lecę…
Cóż wyjazd zaczyna się standardowo a więc zapominam portfela z domu. Taksówkarzowi mówię, iż ma jechać normalnie, jak się spóźnimy to los tak chciał pomagając mi podjąć decyzję. Jesteśmy na 5 minut przed końcem odprawy. W takim razie znów lecę...
W tle toczy się mecz z Los Angeles Lakers. Mając przesiadkę we Frankfurcie i 4 godziny czasu, zasiadam na śniadanie w jednym z pubów z widokiem na płytę lotniska i próbuję zobaczyć owe starcie. Słowo „próbuję” jest akurat trafne, ponieważ tamtejszy internet lotniskowy do zbyt szybkich nie należy. Są chwile, kiedy dwutakt C.J'a McColluma oglądam 5 minut. Nerwów było jednak mało. Zaczynamy wyjazd od wygranej. Zawsze to milej na sercu chociaż oczywiście i tak ciągle myślę, gdzie wyląduję za kilka godzin.
Pelicans @ Blazers w Chicago
Jestem wolny… Co prawda przez chwilę już zastanawiałem się do kogo wykonać ten jeden telefon, ale okazało się, iż zatrzymanie na lotnisku jeszcze nie oznacza krzesła elektrycznego. Godzinka wyjaśnień przy naprawdę miłym zachowaniu policjanta lotniskowego i mogę myśleć, gdzie tutaj obejrzeć mecz z Pelikanami?
Mieszkając w Chicago jakoś nie zwiedzałem tamtejszych pubów, aby oglądać spotkania Blazers. Spokojnie, z komentarzem, wolałem delektować się tymi spotkaniami w domu. Minusem tego postępowania było to, iż nie za bardzo znałem miejsca, gdzie mogę się za kilka godzin zainstalować. Szybkie spojrzenie na Google i wybieram pub w okolicy gdzie chodziłem wcześniej po zdrową żywność. Za godzinkę jestem na miejscu, spoglądam, pytam i szanse są spore - telewizorów z 50 więc jeden będzie moim łupem.
Wracam po załatwieniu kilku spraw na kilka chwil przed rozpoczęciem naszej batalii i mały zonk - oczywiście nie wiedziałem, iż w ten weekend jest też Final Four ligi akademickiej. Na domiar złego gra w nich Wisconsin, więc pub jest lekko nabity i nikt nie marzy w tej chwili aby obejrzeć akurat mecz Blazers. Szybkie negocjacje i udaje się zdobyć jeden ekran. Siadam skromnie z boku i słuchając okrzyków tamtejszej młodzieży delektuje się wygraną. Swoją drogą zawsze zastanawiało mnie, iż całkiem fajny doping w lidze uniwersyteckiej później kończy się milczącym standardem oglądania spotkań NBA, oczywiście nie licząc najlepszej publiki ze stanu Oregon.
W połowie spotkania przypominam sobie a raczej przypomina mi organizm, iż od 24 godzin jest na pełnych obrotach. Szczerze powiedziawszy ostatnią kwartę oglądam tylko dzięki energetykom.
Nets @ Blazers w Cleveland
Kolejny przystanek mojej podróży to Cleveland, gdzie mieszkałem sporo czasu Tam to już inna sprawa, mam swoje ulubione puby, gdzie Blazers gościli już na ekranach przy każdej okazji mojego pobytu. Jedyny minus to zawsze brak komentarza, ale zawsze sobie można powiedzieć, iż komentuje Michałowicz….
Ląduje dzień wcześniej i po zakwaterowaniu spoglądam, iż w mieście są dzisiaj prawie derby czyli do Cleveland przyjeżdżają Chicago Bulls. Mecz za 3 godziny a więc pojawia się pomysł obejrzenia na żywo. Niestety pierwsza próba sprawdzenia biletów kończy się tak jak 3 lata temu przy przyjeździe Trail Blazers. Nie ma, a jak są to po 100-150 dolarów. Ja nie wiem do dzisiaj o co chodzi z tym Cleveland, aczkolwiek stawiam, że handel biletami jest tutaj nielegalny (muszę to wreszcie sprawdzić).
Wejść na mecz z Portland Trail Blazers, kiedy były dwie dogrywki a spotkanie wygrał Nicolas Batum, udało się mi się kupując bilet normalnie w kasie. Teraz planuję podobny manewr, ale nie zamierzam wydać na niego więcej niż 10 dolarów. Nie za bardzo interesuje mnie oglądanie czegoś na żywo bez emocjonalnego zaangażowania, a i te 10 dolarów może stanowić dodatkowe pole do popisu przy meczu z Timberwolves w Portland.
Jako, iż do Cavs - Bulls 3 godziny to udaje się do jednego z fajniejszych miejsc z jedzonkiem w Cleveland. Problem w tym, iż jedzie się do niego autobusem jakieś 30 minut, przy okazji zwiedzając po drodze jedne z mniej ciekawych dzielnic, a sama jazda owym autobusem jest zawsze trochę emocjonująca.
Sprawa meczu rozwiązuje się sama. Spóźniam się na autobus powrotny, chociaż do jego złapania zabrakło mi jednego dobrego dwutaktu Willa Bartona. No i dobrze bo nie wiem czy chciałbym mieć dylemat czy oglądać mecz na żywo czy też nie. Wracam do downtown i uderzam prosto do mojego ulubionego pubu. Nic się nie zmieniło, dalej jest super. Słucham oburzenia na flagrant faul, a pierwszą i trzecią kwartę rzeczywiście spokojnie przeżywam. Przy okazji znów zonk - poniedziałek to finał NCAA. Ups... znów będą problemy...
Wieczorkiem jeszcze powtórka w Tap City Pub i jestem zmuszony oglądać tym razem półfinał NCAA kobiet. Nastawiałem się na dramat, ale było całkiem ok. Po 4 minutach wynik 10:10 a takiego spodziewałem się po pierwszej połowie. Do tego trenerki są gwiazdami i przy nich nasz Terry Stotts to oaza spokoju.
Przypominanie miejsc w Cleveland układam tak aby o 19 tutejszego czasu przybyć do Tap City Pub na mecz z Brooklyn Nets. Krążę ostatnie 30 minut już trochę bez sensu, aby na 5 minut przed rozpoczęciem dowiedzieć się, iż dzisiaj pub ma przerwę i otwarty będzie dopiero o 20. Pięknie…
Obok mamy jednak pub awaryjny. NBA TV jest, monitorów też 40, ale oczywiście co? No tak. Baseball. Naprawdę nie wiem, jak można oglądać tę dyscyplinę o tak fascynującym przebiegu, iż idzie zasnąć. Każdy siedzi i pilotuje piłeczkę, która leci całe pół sekundy i prawie zawsze trafia w to samo miejsce. Jak łatwo się domyślić nikt telewizora na mecz Blazers nie oddał
Wpadam w panikę. Kolejny pub - nie ma NBA. Kolejny? Też nie. Lecę na drugą stronę miasta. Jest wszystko tylko nie NBA i tak oto będąc w Stanach nie mogę sobie obejrzeć spotkania Portland Trail Blazers
Czekam więc do owej 20 i wracam do Tap City Pub. Tutaj już jednak przygotowania pod finał NCAA przez co mam oglądać na bocznym monitorze... Ja na bocznym? Po tylu wydanych dolarach przez poprzednie pół roku? Obrażam się… Idę znów obok, gdzie skończył się wreszcie mecz Cleveland w tę najbardziej fascynującą dyscyplinę
Wynik meczu Nets - Blazers po pierwszej połowie jaki był wiemy… Miałem jeszcze nadzieje, iż przełomowe będzie moje zdjęcie, kiedy zaraz po nim trafiamy 4 trójki, ale poddany już przed przerwą mecz oczywiście przegrywamy.
Jutro podróż do Portland a dokładnie do Seattle samolotem i po noclegu krótka przeprawa pociągiem lub autobusem. Biletu jeszcze nie mam, ale sektory zostały wybrane. Teraz tylko pytanie ile na niego będę skłonny wydać... Ale o tym już z Portland.
Budząc się rano postanawiam, iż nie ma opcji, abym tym razem spóźnił się na lot do Seattle, wszak odlot mam o normalnej porze (15:25). Egzystuje dodatkowo na lotnisku Cleveland w hotelu więc bliżej być nie może. Trudno jednak odpuścić sobie pół dnia więc podróż (30minut) do downtown jest pewna. Nic szczególnego nie zamierzam robić - ot pozwiedzać jeszcze stare kąty. Ostatni przystanek obieram w historycznej - czyli jak na Stany mającej 50 razy mniej lat niż u nas historyczne budynki - części Cleveland słynącej dla mnie z najlepszej zupy w mieście oraz zdecydowanie najlepszego chleba w USA.
Jak widać i tam się da zrobić coś zjadliwego. Zupka przedłuża się i znów jest nerwowo, bowiem do odlotu zostało 85 minut w tym minimum 30 na jazdę kolejką. Ostatecznie jednak melduje się na lotnisku w miarę bezpiecznie i zaczynamy lot do Seattle, z przesiadką w Minneapolis, czyli mieście Wilków z którymi gramy
MINNEAPOLIS
2 godziny zajmuje przelot z Cleveland do Minneapolis i znów cofamy zegarki o dwie godzinki. Jako, iż na lotnisku mam prawie 3 godziny oczekiwania na lot do Seattle to postanawiam zwiedzić tutejsze downtown, szczególnie, iż kilka razy w nim już byłem więc podróż będzie lekko sentymentalna. Jedyny problem to moje założenie, iż bagaż będę mógł zostawić na lotnisku przed odprawą, a nie po. Okazało się zupełnie odwrotnie, więc muszę do miasta udać się z laptopem i torbą podróżną
Pociąg w stylu naszego tramwaju jeździ tutaj 5 razy szybciej niż u nas, ale i tak podróż zajmuje około 30 minut. Zostaje więc jakieś 30-40 na małe zwiedzanko, czyli niezbyt wiele. Minneapolis to jedno z dziwniejszych miast. Warto nadmienić, iż całe downtown jest pokryte siecią „skywalków” czyli korytarzy, które oplatają wszystkie budynki. Wchodzimy mniej więcej na wysokości warszawskiego dworca centralnego i nie wychodząc na powietrze możemy dojść i na Powiśle i na plac bankowy a i myślę także na stadion Legii. Wszystko to z uwagi na dosyć srogie zimy, jakie nawiedzają Minneapolis. Wrażenie jest generalnie trochę dziwne ponieważ nie wiemy gdzie kończy się nasz hotel, gdzie zaczyna sklep a gdzie hala Wilków. Tę zresztą chciałem sfotografować, ale obawiałem się, iż nie zdążę - ten labirynt nie jest taki łatwy do ogarnięcia nawet z mapą. Kilka razy jednak pod ową halą już byłem, warto nadmienić, iż bilety na ich spotkania zaczynają się mniej więcej od 1$. Zapewne z samej góry niewiele widać, ale można wstąpić.
Cały pobyt w centrum ogranicza się do jedzonka w Grand Hotelu, który był zawsze miejscem mojego noclegu. Pierwszy raz zamawiam w czasie tego pobytu burgera a więc wytrzymałem sporo. Ostatnią frytkę jem już jednak w sporych nerwach, bo do odlotu zostało ponownie lekko ponad godzinę.
Muszę stwierdzić, iż samo downtown Minneapolis wygląda naprawdę fajnie. Dodatkowo sporo się w nim buduje między innymi ogromny stadion dla tutejszej drużyny futbolu amerykańskiego. Wszędzie czysto, ładnie - nie to co w „moim” Cleveland. Kontempluje chwilę o tym wszystkim i niestety w oczy rzuca się jedno - Minneapolis, to bardziej białe miasto, dodatkowo jest tutaj sporo uczelni. W tramwaju na lotnisko atmosfera zupełnie inna niż w kolejce do Cleveland Airport, gdzie głównie kiwamy głową na kierowane do nas słowa „whaaaat up maaan”. Na stacjach zero papierków, w Cleveland generalnie syf. Sorry LeBron :)
Chociaż na lotnisku jestem na 30 minut przed odlotem, to nerwów nie ma, bo przechodzę najbardziej ekspresową odprawę w życiu. Po prostu nie było nikogo a obsługi około 30 osób. Nie wspominam, iż jakoś ciągle podróżuje z płynami, które przekraczają dozwoloną objętość…
Lot do Seattle to ponad 3,5 godziny. Ja już mam taki styl podróżowania, iż o pewnych rzeczach dowiaduje się na końcu. Cholerka sporo, dodatkowo znów cofamy czas więc mam mały dzień świstaka, ciągle krążę w okolicy godziny 21.
SEATTLE
Małe wyjaśnienie dlaczego Seattle. Generalnie loty do Portland są o wiele droższe niż do Seattle, a odległość między miastami niewielka (o czym też za chwilę).
Podróż przesypiam, chociaż muszę powiedzieć, iż gdybym miał siłę to w samolociku Delty mamy super program rozrywkowy, tak na dzień dobry chciałbym obejrzeć z 10 pozycji. Jako, iż lecimy z „białego” do „białego” miasta, atmosfera w samolocie jakaś taka niezwykła. Wszyscy się poznają, żartują, wymieniają już telefony, facet bawi obce dziecko, kolejny opowiada drugiemu o swoim życiu. Jakoś w Cleveland tak nie było. Generalnie jest miło.
Lądujemy, a jakże, znów około 21. Ja już powoli tracę rachubę która godzina jest w Polsce, a jest to dla mnie dosyć ważne z uwagi na pracę.
Pierwszy problem w Seattle, to hotele. Robi się drogo. Z lotniskowych 4 gwiazdek w Chicago oraz Cleveland schodzę na dwie. Inna sprawa, iż wiele to te hotele się między sobą nie różnią. Szybki przejazd i ląduje w pokoju, a tutaj akcja najważniejsza - bilet na mecz. Od razu nadmieniam, iż kupiłem wcześniej tylko bilety lotnicze w obawie, iż w areszcie utrata dodatkowo hoteli czy biletu Portland będzie bardziej boleć.
Tak więc bilety. Na spotkania Portland płaciłem w Indianie około 30$ za miejsce prawie przy parkiecie, podobnie w Milwaukee, gorzej było w Cleveland (60$) no i dramacik w Chicago, gdzie zasiadłem pod dachem (a pech chciał że wygraliśmy) za około 100$. W Portland muszę mieć dobre miejsca i wiem, iż 100$ to minimum. Coś tam klikam i kupuję w tej cenie miejsce już nie pamiętam powiem szczerze gdzie. Nie pamiętam ponieważ poszedłem spać a rano się okazało, iż biletu wcale nie kupiłem. Na szczęście wiele się nie zmieniło i za 92$ będę siedział w sektorze jak na zdjęciu. Mogłem jeszcze bliżej naszej ławki ale bardziej po przekątnej a po Indianie wiem, iż to wcale nie jest zbyt dobre miejsce.
Tak więc bilet jest:
Teraz podróż. Jak już wspomniałem pewne rzeczy traktuje trochę mniej poważnie, więc założyłem, iż Seattle oraz Portland, to prawie te same miasta i godzinka podróży to max. Okazało się, iż pociąg jedzie 4 a autobus 3,5. Jak mam wybór zawsze wybieram pociąg więc chce rezerwować Amtrak, ale działo się to po przylocie więc zasnąłem. Po pobudce mój typ o godzinie 9 kosztuje już 20$ więcej (55$) więc za 33$ kupuje bilet na następny o 11 aby być w Portland o 15. Mecz o 19 więc ok. Plus jest taki, iż będzie trochę czasu na zobaczenie Seattle.
No i rozdział ostatni. Hotele w Portland. Zostawiłem to na ostatnią chwilę jak w Chicago czy też Cleveland i tym razem okazało się, iż był to mega błąd. Hoteli praktycznie nie ma. Wszystko zarezerwowane, nie ważne czy kosztuje 50 czy 800$ za noc. Nie wiem, może w Portland są jakieś targi w tym tygodniu? Szukam każdego znanego mi sposobu i ostatecznie znów mam 2 gwiazdki za bagatelka 100$ noc. Za tyle to ja jeszcze w takim standardzie nie spałem, ale cóż gdzieś spać muszę. Plus jest taki, iż hotelik jest 2 minuty drogi od naszej Rose Garden. No przynajmniej tyle.
Jeżeli chodzi o Seattle
Jakby to powiedzieć - jest tutaj naprawdę super, nawet świeci słońce i jest miło cieplutko. Czy ja kiedyś pisałem, iż podoba mi się Cleveland? Takie Seattle, to przy nim raj na ziemi. Piękne widoki na góry, znów czysto, zielono i generalnie jak w SF. 3 godzinki jakie mam tutaj na spacer pokazuje multum klimatycznych barów, knajpek - ech dlaczego ja kiedyś wybrałem do mieszkania Cleveland, a nie zdobyłem się na trochę bardziej skomplikowaną przeprowadzkę do Portland albo Seattle? Miasto mi się na pierwszy rzut oka bardzo podoba. Wyróżniki? Wszyscy tutaj przestrzegają czerwonego światła dla pieszych - pierwszy raz spotkałem się z takim podejściem Amerykanów. Dodatkowo, to zapewne z uwagi na różnice wzniesień, a co za tym idzie codzienny fitness. Odsetek ładnych kobiet jest zdecydowanie większy niż w Cleveland. Co ja piszę zdecydowanie? Ja tam przez pół roku nie spotkałem prawie żadnej atrakcyjnej kobiety.
Amtrak- tia. Kiedyś w Chicago okazało się, iż do pociągu trzeba wejść przez poczekalnie. Metr obok są drzwi także na peron, normalnie otwarte ale nimi nie można… w efekcie, chociaż pociąg stał jeszcze 15 minut, nie wpuszczono mnie do niego, bo nie przeszedłem przez poczekalnie a poczekalnia już zamknięta.
Tak więc na Amtrak do Portland jestem 40 minut wcześniej i szybko wita mnie e-mail, iż pociąg jest godzinę opóźniony. Niby jeszcze mam czas do meczu, ale robi się znów nerwowo…
AMTRAK
Ostatnia część mojej relacji zakończyła się przy wejściu do pociągu relacji Seattle -> Portland. Przypominam, iż opóźnienie już na starcie sięgnęło godzinki, co oznaczało przyjazd do Portland około 3 godziny przed meczem. Niestety okazało się, iż Amtrak miał właśnie szkolenia przeprowadzone przez nasze PKP, które przywiozło filmik utrzymania trasy Warszawa-Łódź. Ledwo ruszyłem to już się zatrzymałem, przy czym patrząc na postęp podróży raczej ten proces nie był wliczony w czas przejazdu. O ile pierwsze takie przypadki jeszcze traktowałem jako okazję do zwiedzania naprawdę fajnych widoków za oknem, to już mniej więcej od połowy trasy moje zaniepokojenie rosło i to zdecydowanie. Ostatnia godzina podróży to już siedzenie na głowie konduktora, który ciągle dzwonił do maszynisty, aby dowiadywać się o postępach w zmianie świateł na zielone. Suma sumarum opóźnienie sięgnęło 2,5 godziny, co oznaczało, iż Portland ujrzałem na 90 minut przed pierwszym gwizdkiem w Rose Garden.
WITAMY W PORTLAND
Pierwsze wrażenie przy wyjściu z Amtraka? Hmmm. Jakaś ta stacja taka mała, perony jak na starszych polskich dworcach, wejście do poczekalni podświetlone małym neonem, a zmierzamy do niego po torach. Powiem szczerze, iż wrażenie takie sobie, jakbym wyszedł z dyliżansu i zaraz miał wejść do miasteczka z trzema domkami. Sam budynek stacji prezentuje się bardziej okazale, ale o tym, że ma super klimat dowiedziałem się później. Teraz celem było szybkie zakwaterowanie i ucieczka na mecz.
Na szczęście mój wspaniały motelo-hotel za 100$/noc jak już pisałem znajduje się jeden przystanek tramwajowy od stacji a przy okazji jakieś dwie-trzy minuty od hali TrailBlazers. Szybkie zakwaterowanie, przełykam pigułkę podpisując rachunek, przebieram się w barwy czarno-czerwone i obieram kierunek wiadomy.
Wiem, że każdy czeka na tę część, ale w sumie nie mam aż tak wiele do napisania… Oczywiście podekscytowanie przy podejściu pod halę spore, ale jako, iż to mój kolejny mecz NBA to aż tak wielkiego „bummm” nie ma. Spoglądam na szczegóły, jakie kto ma koszulki, kto mniej więcej zmierza do hali itd. Tutaj muszę powiedzieć, iż wygląda to naprawdę fajnie dla fana Portland, wszyscy praktycznie bez wyjątku na czarno-czerwono, przy czym mi się najbardziej podobają wszelakie koszulki z logiem Rip-City.
Wejście bardzo sprawne, na wejściu otrzymujemy program, hala można powiedzieć, iż amerykański standard. Kilka sklepów z oficjalnymi gadżetami klubowymi, oprócz tego głównie jedzenie, chociaż muszę powiedzieć, iż bardziej wyrafinowane, niż w innych halach. Można naprawdę zjeść w miarę ok, chociaż ceny są dosyć wysokie. Ja z uwagi na brak czasu na stanie w kolejce decyduje się na kawałek pizzy oraz piwko - łącznie 15$.
Tłum powoli coraz większy, nagle całkiem porządny doping - to nasze tancerki oraz podrzucający je faceci idą korytarzem. Tłum się podłącza i wygląda to całkiem fajnie. Takie akcenty mi się najbardziej podobają. Trochę trwa zanim odnajduje swoje miejsca w sekcji 200, ponieważ wejście do niej jest tylko jednymi schodami. Na każdym etapie sprawdzane są bilety, więc generalnie raczej nie ma wielkich szans kupić tańszy bilet a zasiąść przy parkiecie.
Jeszcze po meczu idę coś zjeść a więc jest okazja do pierwszego spojrzenia na miasto. Uwaga oświadczenie: Portland to nie jest Amerykańskie miasto, to bardziej taki jakiś Hamburg albo coś w tym stylu. Pierwsze kroki trochę na ślepo więc zasiadam w pierwszym otwartym barze. Po drodze cisza i spokój, ale także w oczy rzuca się czystość i zieleń. Jutro będzie czas to wszystko sprawdzić a przypominam, iż wieczorkiem kolejny mecz tym razem z Golden State Warriors.
Ranek: na razie mgiełka, ale deszcz nie pada. Dwie godziny później wychodzi słońce i już towarzyszy mi do końca dnia. Tak samo zresztą będzie dzień później
Moje pierwsze wrażenie po wyjściu z pociągu były takie sobie, ale to szybko, ale to bardzo szybko się zmienia. Jest pięknie. Owszem zabudowa jest dosyć niska, to nie jest downtown takie jak w Minneapolis nie mówiąc już o Nowym Jorku czy Chicago, ale jak dla mnie to tylko plus. Dla nas ważnym elementem są także tramwaje, które okalają całe miasto. Człowiek naprawdę czuje się jak w Europie. No i rowery. Każdy śmiga na rowerach a miasto to jedna wielka plątanina ścieżek rowerowych.
Miasto ma niepowtarzalny klimat, który mnie wciąga już od samego początku. Owszem może jest trochę senne, ale niezwykle przyjazne. Generalnie po dwóch godzinach czuje się, jakbym tutaj mieszkał 10 lat. Po śniadanku w jednej z knajpek ruszam do parków przy rzece, a stamtąd celem jest kolejka linowa będąca jednym z wyróżników Portland. Wszędzie zielono, czysto no i podobnie jak w Seattle nie chodzi się na czerwonym świetle. Każdy tego przestrzega więc i ja przestrzegam
Owa kolejka linowa jakąś wielką atrakcją nie jest, służy bardziej do komunikacji między położonym na wzgórzu kompleksem szpitalnym, a podobnym ośrodkiem na dole. Muszę przyznać, iż miejscówka do pracy (szczególnie ta na górze) jest rewelacyjna, ale do lekarza mi dużo brakuje. Wszyscy uśmiechnięci, miasto żyje na totalnym luzie w czym pomaga jego urbanistyka z głównym elementem zieleni.
Wracam do centrum i odkrywam nową specyfikę Portland - jedzenie uliczne. Mamy tutaj kilka placów na których zlokalizowane są budki a’la nasze budki kempingowe. Tyle tylko, iż tutaj oczywiście jest wszystko, znalazłem także nasze pierogi, bigos itd. (ale nie próbowałem). Zajadam najlepsze kalmary w moim życiu siedząc sobie w położonym obok parku, gdzie dodatkowo jest darmowe Wi-Fi i ten proces będę już powtarzał do wyjazdu. Wygląda jakby tak żywiło się 50% tutejszej ludności.
Powtarzam jeszcze raz - jestem zachwycony tym miastem
No, ale wieczorkiem mecz. Z braku innych pomysłów przypominam sobie o filmiku z ostatnich play-off, gdzie cały bar szaleje po rzucie Lillarda. Okazuje się, iż to Buffalo Wings, które odnajduje i tam zamierzam spędzić wieczorny mecz. Do meczu jednak jeszcze kilka godzin idę więc do kolejnej części miasta. Jeżeli centrum jest w miarę zielone to tam było już totalnie przepięknie. Dlaczego ja tutaj nie zamieszkałem?????
Atmosfera trochę inna niż w centrum, widać, iż wszyscy się mniej więcej znają i to jeszcze bardziej wzmacnia jedność. Rip-City to nie tylko slogan. Oczywiście pojawiają się szybko inne możliwości spędzenia wieczornego meczu, ale piwkuje na razie tylko przy spotkaniu Chicago - Miami i wracam do wspomnianego Buffalo Wings. Tutaj jednak bar już zajęty, a jakoś przy stoliku siedzieć nie chciałem. Jako, iż do meczu 40 minut to wracam do poprzedniej dzielnicy (zwanej alfabetem). Tutaj zasiadam w barze i jak dla mnie to było o wiele większe przeżycie niż mecz w Rose Garden.
Cały bar, to skupisko fanatyków. Każdy kosz, to jeden wielki ryk radości, emocje wypływają z każdego gardła więc oczywiście i ja drę się jak drę się, a także przy kilku decyzjach sędziowskich szkolę pub z podstawowych słów używanych w Polsce. Atmosfera niesamowita, takie angielskie puby piłkarskie. W drugiej kwarcie kelnerki rzucają się na szyję z radości, jacyś studenci wchodzą na stoły, pełne gwizdy przy akcjach Warriors już nie wspomnę o trafianych trójkach potrawy indyjskiej Curry.
Oczywiście skończyło się, jak się skończyło, ale było pięknie. Jedność, wiara w drużynę, emocje jak nie u Amerykanów, jakbym miał wybierać to chciałbym być tutaj a nie w Rose Garden na najważniejszych pojedynkach
Ostatni dzień w Portland mniej więcej analogiczny, tylko bez meczyku. Piękna pogoda, piękne miasto szkoda wyjeżdżać.



















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz