sobota, 25 stycznia 2020

2016- Oregon jest piekny



Wyjazd tradycyjnie na spontanie w ramach playoff 2016







Pierwsza noc w Portland była kluczowa ponieważ kończyła 30godzinny maraton złożony z przelotu na linii KIJÓW-AMSTERDAM- SEATTLE + podróż samochodem do PORTLAND + wyczerpujący doping w Moda Center podczas Game 3. Miało być więc w miarę komfortowo. Wybór padł na FairField INN &Suities by Marriott Portland Airport. Cena atrakcyjna- 100$. Jeżeli tylko mamy samochód to hotele lotniskowe są dobrą opcją w Portland, ponieważ lotnisko jest kilka minut autostradą od centrum. Sam hotel spełnił całkowicie oczekiwania, duży pokój, wielkie dobre łóżko, brak problemów z Internetem, Czysto i schludnie, co nie jest regułą. Do tego śniadanko. Z nowymi siłami wyruszam. Pierwszy cel to położony na obrzeżach Portland Cathedral Park.










Jest słonecznie, zresztą jak mogłoby być po wygranym meczu z GSW. Sam park wyróżnia się bardzo specyficznym widokiem na filary mostu- zdjęcia mam nadzieje oddają lekko klimat. Do tego bijąca po oczach zieleń, rzeka, idące przez środek poboczne tory kolejowe. Uciekam po godzince w stronę gór, aby na dzień dobry dotrzeć HWY30 w rejony pięknych wodospadów.





Jadę leniwie delektując się pięknem przyrody- wreszcie jest na coś czas. Po prawej lekkie góry oraz las, po lewej rzeka Columbia, która równocześnie jest granicą stanu. Oczywiście do tego wszystkiego muzyka radiowa czyli coś czego unikam w Polsce. Nie zaskoczę chyba nikogo jak powiem, iż to co grają w Portland jest mieszanką idealną. Najlepsze radio na świecie- 105.9 THE BREW. Minimalnie wzrasta zachmurzenie, ale do deszczu droga daleka. Na dzień dobry docieram do wodospadu MULTNOMAH. Jest trochę turystycznie, ale spokojnie można zaparkować i bez większego trudu udać się na tarasy widokowe. Oczywiście każde takie miejsce okraszone jest kilkoma szlakami, ale z uwagi na konieczność zwiedzenia większego terenu Oregonu odpuszczam sobie owe propozycje. Dosłownie kilka kilometrów dalej odnajdujemy trochę mniejszy wodospad HORSETAIL, przy czym trzeba powiedzieć, iż to tylko dwie główne atrakcje. Wodospadów mniej efektowych jest tutaj o wiele więcej.

Po kilku minutach delektowania się szumem wody wyruszam w nieznane. Punktem docelowym jest tylko nocleg w mieście BEND (160mil od PORTLAND)- co będzie działo się wcześniej pozostanie efektem losowego spoglądania na mapę lub wizualnego wybierania sobie celu. Pierwszym staje się zaśnieżona góra patrząc od lewej strony HWY30. Tutaj małe oszustwo, ponieważ znajduje się ona już w stanie WASZYNGTON. Górą okazuje się MT ADAMS

Docieram do miasteczka HOOD RIVER i w tym miejscu inwestuje 1$ w most, dzięki któremu jestem po chwili w stanie WASZYNGTON. Nadmienię tylko, iż przez most jechałem naprawdę z duszą na ramieniu. Nie dość, że wiatr chciał koniecznie zepchnąć mnie do rzeki to jeszcze metalowa nawierzchnia powodowała, iż pewniej czułbym się na łyżwach. Otuchy dodawał tylko 105.9 THE BREW.

W stronę MT ADAMS podążam 141. Niestety ma ona dwa minusy. Po pierwsze ginie zasięg telefoniczny a po drugie także moje ukochane 105.9. Plusów jest jednak więcej za oknem. Docieram do małego miasteczka Trout Lake i czujnie tankuje (mniej czujny będę dzień później). Przy okazji spoglądam na lokalną knajpkę, którą obieram jako powrotny cel jedzeniowy.












Do góry coraz bliżej, chociaż gdzie ją zaatakować drogowo pojęcia nie mam. Bak pełny, samochód z napędem na cztery koła, więc czuje się w miarę pewnie. Do tego ulubione paluszki oraz dwie butelki wody. Przygotowany jak nigdy….

Uderzam w pewnym momencie w prawo mając nadzieje, iż doprowadzi mnie to w jakiejś ciekawe miejsce. Po kilku milach kończy się asfalt i zaczyna droga leśna- dobrze jednak utrzymana i raczej zachęcająca do skorzystania z jej uroków. Stawiam sobie cel, iż jadę max 30 minut i w razie czego zawracam. Po 20 minutach spotykam auto jadące w drugą stronę co mnie już totalnie uspokaja, pomimo, iż robi się trochę bardziej wąsko. Rzeczywiście mniej więcej w 30 minucie osiągam ostatni leśny parking i po zrobieniu kilku zdjęć uciekam w drogę powrotną. Do obranej knajpki docieram, o dziwo, bez żadnych przygód i niespodzianek. To do mnie niepodobne.










Knajpka okazała się całkiem miłym miejscem, chociaż raczej oscypka nie oferowali. Korzystam z tutejszego WI-FI dając światu znać, iż żyje i ładuje mapę na telefon wiedząc, iż z zasięgiem mogą być później kłopoty. Cel to drugie pasmo górskie, już w stanie OREGON, które charakteryzuje się kilkoma polecanymi jeziorami. Zaznaczam i ruszam- oczywiście przez ten sam most za 1$. Na mapie wynajduje schowany w środku niczego LOST LAKE RESORT

















Cóż mogę powiedzieć. Uwielbiam takie góry. Może to Bieszczady a może bardziej Karkonosze. W każdym razie czujemy się swojsko. Chociaż kilkadziesiąt mil do LOST LAKE RESORT, to narzekać nie ma na co. Droga idealna, widoki piękne, do tego słoneczko i idealna temperatura. Żadnej męczącej wilgotności. Jak w Polsce. Docieram do celu. Piękny ośrodek z drewnianymi domkami. Oczywiście punktem głównym schowane w górach jezioro. Mamy od razu kilka szlaków, ale z uwagi na fakt, iż jesteśmy już w drugiej części dnia a droga wciąż daleka spędzam tutaj 30-40 minut.







Po LAKE RESORT cel jest już bardziej konkretny. Mam do zobaczenia jeszcze centralnie położony szczyt MT HOOD, być może jeszcze jedno jeziorko i już zapewne po zmierzchu jazda do BEND. Ruszam w kierunku zaśnieżonego MT HOOD mając do wyboru górską drogę „na skróty” i dłuższą, którą już w części pokonałem. Jako, iż skrót jest jednokierunkowy jednak rezygnuje- to efekt pewnej wyprawy w Chorwacji i skrótu drogą przez górę „św Raka







Do dobrych miejsc zdjęciowych staram się dotrzeć używając drogi dojazdowej do ośrodka narciarskiego- wita mnie mrozik i śnieg, ale także sieć 4G. Krótki spacer, spojrzenie na trasy narciarskie i dzięki Internetowi jeszcze wytyczenie drogi do jeziorka TRILLIUM. Sam ośrodek prezentuje się solidnie i całkiem przyjemnie













TRILLIUM LAKE to już ostatni dzisiaj przystanek. Ładne Jeziorki z pięknym widokiem na MT HOOD. Sporo miejsc do biwakowania, można spokojnie rozpalić w wyznaczonych miejscach ognisko i jest kilka grup, które sobie tak siedzą i biwakują. Wszędzie oczywiście czystko, żadnego polskiego śmiecenia. Do BEND docieram w rejonie godziny 23, akurat tak, aby zdążyć na otwarcia sesji w Eurolandzie. Nocuje w wysoko ocenionym motelu CASCADE LOUNGE za 65$ i rzeczywiście trudno się do czegoś przyczepić. Wszystko czego chcemy tutaj mamy a co najważniejsze jest normalna duża łazienka i wygodne łóżko

Dzień drugi poświeciłem na drogę powrotną do PORTLAND zatrzymują się to tu to tam. Czasu jednak wiele nie było a ekscytacja meczem numer 4 tak duża, iż do PORTLAND człowiek leciał jak na skrzydłach. Oczywiście nie licząc tego, iż był problem ze skrzydłami. Najpierw mapka




Przyznaje się bez bicia- zapomniałem trochę o zatankowaniu a po wpakowaniu się w góry nie za bardzo chciałem się wracać….ale przecież tutaj są jakieś mieściny a w nich musi być stacja. Niestety nie było mieścin. Włączenie rezerwy trochę nastroje wyostrzyło a jak pojawił się napis, iż do kolejnego miasteczka jest 50 mil krętej górskiej drogi to problem zrobił się cokolwiek poważny, szczególnie, iż zasięgu tutaj żadnego a i ruch jakby taki trochę ograniczony.Ratunek przyszedł dosyć niespodziewanie- otóż w środku niczego znalazł się ratunkowy oddział bazujący na mini-lotnisku SANTIAM JUNCTION. Podarowano mi 2 galony paliwa, abym dotarł jakoś do najbliższej (30mil) stacji benzynowej. Zaznaczę tylko, iż bezpłatnie. Emocji trochę było, ale wszystko jak zawsze skończyło się dobrze

Po meczu życia w Portland (GAME 4 z dogrywką) przyszedł czas na zobaczenie, co stan OREGON prezentuje w kierunku wybrzeża. Noc spędzam w HOWARD JOHNSON AIRPORT chociaż miałem w innym motelu- niestety przez emocje na GAME 4 pomyliły mi się daty…. Motelo-Hotel ogólnie nie był zły (74$) trochę tylko irytowały mnie chodzące mrówki. Na szczęście korytarz ich wędrówki wiódł przez biurko i mój laptop a do łóżka raczej nie skręcały. Miło.


Kolejna niespodzianka rano. Standardowo rezerwuje samochód w cenie jak zawsze śmiesznej po czym przy odbiorze okazuje się, iż niestety nie ma tego, który wybrałem. Jeżeli jednak będę tak miły to może zgodziłbym się na stojącego tutaj Mercedesa C300. Powiem szczerze, iż długo musieli mnie prosić, ale w końcu jakoś się zgodziłem

Cel C300 + 105.9 BREW





Dwa dni temu było przyjemnie, ale teraz….. podróż jeszcze bardziej emocjonująca, no trochę się samochodem pobawiłem. Piękna droga na wybrzeże, las, małe osady. Docieram do PACIFIC CITY kierując się na parking przy plaży. Cóż mogę powiedzieć… chyba wystarczą zdjęcia. Do tego wszystkiego trzeba jeszcze dodać doskonałe jedzenie w tutejszych knajpkach. Kręcę się po kilku miejscach, zwiedzając także położoną trochę dalej latarnie morską i po 3-4 godzinkach powrót do PORTLAND na GAME 5 (tym razem na wyjeździe)























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz