sobota, 25 stycznia 2020

Belgrad - 2007



Ostatni mecz eliminacji ME 2007 zapowiadał się jako totalny hit z kibicowskiego punktu widzenia. Kwestia sportowa rozstrzygnęła się już wcześniej więc tutaj żadnych emocji mieć nie mogliśmy.

To, iż nie będzie to normalny wyjazd wiadomo było już o wiele wcześniej. Serbia nie walczyła co prawda o awans, ale jej fani mocno mobilizowali się na przyjazd Polaków, a pikanterii dodawał fakt, iż bojkotują oni spotkania u siebie, więc wszystkie atrakcje dnia meczowego rozegrają się na ulicy. Serbia kraj w tamtych czasach jeszcze trochę dziki, więc każdy kto się wybierał, wybierał się na wojnę i musiał być tego świadom. Piszący oczywiście również.

Do Belgradu udajemy się na dwie ekipy samochodowe. Pierwsza z „A” na czele wyrusza dzień wcześniej, my („K”) w sile dwóch osób uderzamy dzień później. Zgrupowanie sił ma nastąpić w Budapeszcie, skąd po noclegu mamy udać się już wspólnymi siłami na Belgrad. Oddajmy głos „A”: Przed Krakowem mamy ustawkę z drugą ekipą, która planuje wyjazd dzień później, ale jest szczęśliwym posiadaczem biletów. Pojawia się problem w postaci gęstej mgły – kolejnej zarazy na tym wyjeździe – przez co nawet dotarcie do miejsca w którym byłem kilka razy powoduje kilkakrotne nawracanie i wypatrywanie. Ostatecznie docieramy na chatę do „K.” i odbieramy bilety. Rozrywkowa ekipa po dużej dawce browarów rozkminia miejscowy zwierzyniec, o ile pies zostaje zaakceptowany, o tyle z kotem raczej dominuje „kosa”. „L.” nie mogąc przeżyć kwoty jaka została wydatkowana na jego zakup goni go z szalikiem, co kot pewno zapamięta do końca swojego życia.

Pierwsza cześć wyjazdu bez wielkich emocji, co prawda dokucza nam mgła, ale po smakowitym obiadku na Słowacji (tradycyjnie vyprazany syr) wjeżdżamy na Węgry i powoli uderzamy telefonicznie do „A” w celu określenia miejsca ich noclegu. Pierwsze próby mało udane, kolejne smsy bez odzewu. Wreszcie wkurwienie bierze górę i odpuszczamy biorąc niezależnie budapesztański hotel. Nie tak miało być, ale luz. Ekipa „A” jest mocno alkoholowa więc zakładam, iż to jest powodem braku odzewu.

„A” opisywał to tak: Zupełnie zapomnieliśmy, iż z kraju w tym czasie jechała nasza druga ekipa i jak się nie trudno domyślić – po dotarciu o 1 w nocy – nie była w stanie z nami się skontaktować – liczba 21 nieodebranych połączeń z lekka mnie zdołowała po obudzeniu, nie mniej jak megakac, po Tokajach i tej syfnej chińszczyźnie


W dniu meczu mówimy co myślimy o ekipie „A”, ale łączymy siły i zaczynamy akcje Belgrad. Pierwsza część podroży upływa na tradycyjnych rozmowach na tematy mniej lub bardziej kibicowskie. To jest męski wyjazd i męskie rozkminki. Im bliżej granicy tym jednak napięcie wzrasta. Powoli mijają nas kolejne autokary i jedno jest pewne, na tym spotkaniu nie będzie nikogo przypadkowego. Jeżeli będzie wojna to każdy na tę wojnę pójdzie. To nie czasy popierdołowatej młodzieży, która teraz się wszystkiego boi i płacze z każdego błahego powodu

Podróż kończy się jednak na granicy Serbskiej, bo jak napisał „A” Na granicy serbskiej problemy. To żeby wziąć paszporty w końcu pamiętaliśmy, ale o zielonej karcie nikt już nie pomyślał. Koszt podróży do Belgradu w momencie rośnie nam na dwie fury o 1 tys. zł. Na szczęście „K.” na stacji benzynowej poznaje naszych wybawców. Ekipa z G. jedzie busem 8 osobowym w trójkę i zapiera naszą nieszczęśliwą szóstkę

Jadąc spokojnym tempem przez spowitą mgłą Serbię atmosfera jest nieziemska. Dla takich chwil się właśnie żyje, nawet teraz po 13 latach uznaje, iż to był jeden z bardziej zajebistych dni w moim życiu, gdzie wszystko schodzi na drugi plan z tą pojebaną robotą na czele. Jakoś zbliżając się do Belgradu nie myślałem o indeksach giełdowych.

Wjazd do Belgradu jak na pole bitwy. Pełno tamtejszej Policji, przeszukiwane autokary, totalna inwigilacja, ale i totalny chaos. Oczywiście gdzieś tam dochodzą do nas już różne informacje, iż na rynku mega starcie z Serbami, że jest sporo rannych, do tego inne ekipy lecące samolot nie mogą lądować przez mgłe. To wszystko potęguje napięcie. Wychodzimy w barwach na obwodnicy Belgradu i kobieta szkicuje nam drogę dojazdu do stadionu. Mamy to szczęście, iż możemy czuć się swobodnie bo nasz bus nie jest celem tamtejszej Policji. Im bliżej stadionu tym więcej fruwających kamieni i innych elementów, którymi nas próbują przywitać miejscowi. Na jednym ze skrzyżowań widzimy ekipę „Z”. W normalnych warunkach mielibyśmy z nimi starcie, ale pod egidą Polski wychodzimy z busa i lecimy z ratunkiem. Starcie z Serbami wyrównuje się, kilka niegroźnych ran i można łyknąć małe piwko w busie. Generalnie jednak Belgrad nie rozczarował. Miejscowi wysypali się na ulice bardzo mocnymi ekipami i aby spokojnie wrócić do kraju trzeba było się mocno postarać. Incydent na skrzyżowaniu był tego dnia jedynym. Dochodzimy do sektora przyjezdnych i jako, iż do meczu pozostało 3 godziny celem staje się ekskluzywny klub tenisowy. Tam w naprawdę fajnych warunkach spędzamy godzinkę czasu na pysznym obiedzie. Kulturka i szacunek, ale w tle ciągle słychać petardy, syreny policyjne i ogólnie odgłosy raczej mało optymistycznych zabaw ulicznych.

Mecz oraz droga powrotna już bez większych emocji. Powroty zawsze są spokojniejsze bo sytuację można już dawno opanować a i Serbowie dali sobie spokój po przedmeczowych wydarzeniach



Zajebisty wyjazd do chłodnej, owitej mgłą Serbii, który pamięta się do dzisiaj. Tak chyba kształtuje się charakter…. i kto nie był nie zrozumie. Takie czasy juz nie wraca

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz