Mając w pamięci zeszłoroczne spotkania W Milewakee czy też
Indianie a więc w miastach mniej więcej podobnych wielkościowo do Cleveland
sprawę biletów na to spotkania bagatelizuje. Dodatkowo Cavs zajmują jedno z
ostatnich miejsca a przyjeżdża owszem potęga i najbardziej emocjonująca
drużyna, ale tylko dla piszącego. 4 porażki z rzędu na wyjazdach to także
argument.
Spokojne spojrzenie na portale biletowe na dwa dni przed
spotkaniem, po drodze oczekiwania na miejsca w 4-5 rzędzie od boiska i…… bilety
wszem w sieci są tyle, że sztuk….4. Dwa w absurdalnej cenie i dwa za koszem.
Jak na całą halę jakby trochę mało. Szybkie poszukiwania w innych miejscach i
sukces podobny. Wraca taktyka z Chicago- wyjazd na mecz bez biletu.
Tytułem wstępu. Cleveland najpiękniejszym miastem w USA jest i
basta*. A jeżeli nie samo downtown to na pewno przylegające do niego dzielnice
Edgewater i Lakewood. W Portland zapewne nic o tym nie widzą, ale dzięki temu
zmieniam układ sił w lidze- zgoda z Milewakee zamienia się „układ” a do grona
przyjaciół zapraszam Cleveland. Nigdy co prawda nie darzyłem tej drużyny
jakimikolwiek emocjami, ale z racji zamieszkania to trochę musiało się zmienić.
Można powiedzieć, iż w miarę ich akceptuje od niedługiego czasu.
Do hali Cavs dzieli mnie 30 minut marszu. 5 minut autobusem lub
10 kolejką miejską. Mając w pamięci różne przygody w ostatnim czasie
bezpiecznie rezerwuje sobie na podróż 7 godzin. Po 15 minutach jestem u celu.
Szybkie zajęcie się innymi sprawami i godzinkę przed meczem odziany w bojowe
koszulki Portland melduje się przed halą. Jedno okrążenie, dwa okrążenia i
nikogo- szczerze powiedziawszy zaczynam podejrzewać, iż w Ohio sprzedaż biletów
jest chyba nielegalna. W każdym razie koszmar internetowy potwierdza się.
Ostatnia deska ratunku- okienko ticket. O dziwo ktoś tam jest.
Patrzymy, spoglądamy i bilety są. Pojedyncze ale są. Mało atrakcyjne ale lepszy
rydz niż nic. Ląduje na drugim piętrze w stylu podobnym do tego oglądanego w
Chicago. Jako, iż chęci miałem dobre a zawiodła podaż wykonuje manewr jeszcze
nie w USA nie próbowany- zjeżdżam windą na Lower lewel i zasiadam tam gdzie
jest miejsce. Szybkie przywitanie z okolicznymi fanami i wszystko jest w
należytym porządeczku. Rząd ten sam tylko piętro inne na które podobno nie dało
się kupić biletów. Dla spokoju informuje o sytuacji stewarda, wyraża
zrozumienie dla gościa i życzy udanego meczu.
Muszę powiedzieć, iż publika robi wrażenie. Pomimo wyników
wierność rządzi. Hala naprawdę miło zapełniona fanami, co prawda prezentują oni
styl taki sam jak w całych USA, ale nie jest źle. Zdecydowanie najbardziej
odpowiadająca mi publiczność z wszystkich spotkań oglądanych na żywo,
oczywiście nie licząc najbardziej fanatycznych trybun w Portland.
Jedyny minus to lekko denerwujący osobnik siedzący rząd wyżej- w
drugiej kwarcie, kiedy pojawia się na parkiecie mój „ulubieniec” Freeland i
nagle rzuca prawie z okolic linii za 3- zaskarbił sobie on moją sympatię
krótkim „who fuck is Freeland”. Freeland był zresztą kluczowym zawodnikiem w
tej fazie meczu, przecierałem oczy ze zdumienia. 8-9 punktów to chyba rekord
życiowy, do tego brak strat, wsad. Rewelka.
Cały meczu w okolicach remisu, pierwsza kwarta beznadziejna,
Batum nie potrafi zakończyć dwóch wsadów, postawa bezbarwna. To co najlepsze
jednak przed nami. 35 sekund do końca i przewaga dwóch punktów. Cavs nie
trafiają, piłka leci i zbiórka gospodarzy. Poprawka- remis. Ostatnia akcja
młodziaka nieudana, dobitka LaMarcusa po czasie. Można usiąść ponownie na
krzesełko ponieważ ostatnie dwie minuty oglądam z okolic schodów i dzielącej
mniej barierki z około metrowym uskokiem, który rozpoczynał sektor najbliżej
boiska.
Pierwsza dogrywka punkt za punkt, trójka za trójką. Sytuacja
powtarza się. Przedostatnia akcja Cavs i remis. Pozostaje kilak sekund, Lillard
nie trafia Batum zbiera….. i kosz. Nie ma molziwości powstrzymać emocje,
przeskakuje barierkę i zmierzam w kierunku parkietu. Batum chyba widzi lecącą
koszulkę Portland na trybunach i udając samolot zmierza w moim kierunku.
Szybkie przypomnienie sobie jak po francusku powiedzieć „You are hero” i nagle
ryk publiczności. Punkty cofnięte powtórka sędziowska. Spoglądając na telebim
już widzę- trzeba wracać na schody.
Maszyny popcornowe rozgrzane do czerwoności, Catering zamawia
nowe parówki do hot-dogów, druga dogrywka faktem. Pierwsze 2 minuty kosz za
kosz na 100% skuteczności. Odjazd Portland na 4 i pogoń Cavs. Ostatnie 30
sekund i 1 punktowe prowadzenia gospodarzy, Lillard, drybling i….. strata. W
sektorze 111 rozpacz. Kontra gospodarzy i cud- nie ma 3 punktowego prowadzenia.
Portland przy piłce, próba rzutu- nic z tego. Faul 2,5 sekundy zostaje do gry.
Cavs wykorzystują jeden osobisty i na trybunach pewność wygranej. Rzucać za 2
czy za 3- głowie się przez chwilę, aby za 20 sekund zobaczyć rzut fart Batuma-
piłka wpada, jednopunktowe prowadzenie faktem. Tego już za wiele, tym razem
prawie salto przez barierkę i euforia przy boisku. Zostaje jednak 0,2sm które o
mały włos nie zakończyło się tragicznie….
Mecz mała historia. Może nie będzie mistrzostwa, może nie będzie
ósemki, ale nie zmieni to tego że dla takich chwil się żyje.
Wieczór upływa na umacnianiu zgody w barach downtown…..
*no dobra chyba pisałem to po pijaku (chociaż chyba nie bo nie pije), albo jakiś murzyn akurat dal mi w zeby i mnie zamroczyło. Owszem lubię Cleveland, ale do Portland nawet podjazdu nie ma jeżeli chodzi o piękno. Wybaczam sam sobie

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz