niedziela, 17 listopada 2019

LVIV 2019


AKT I – Lewa flanka



Lwów- miasto, które albo pokochamy albo znienawidzimy. Ja uznaje tylko to pierwsze słowo. Jeżeli jednak cenimy porządek, ład i czystość no to może być problem....

Jak oddać jego magię, ludzi, problemów, radości i zwykłego zapachu. Ten ostatni poczujemy przynajmniej wyraźnie na wstępie. To dlatego warto się poświecić i dojechać tam koleją żelazną, zwłaszcza teraz, kiedy połączeń jest naprawdę wystarczająco dużo.

Może to była moja setna wizyta, a może nie. Najlepiej jednak wspominam właśnie te, kiedy tuż przed wjazdem na jeden z najpiękniejszych dworców kolejowych, wagony uginają się pod wpływem lewoskrętu. Dlatego też zawsze wybierajmy lewą stronę przy zajmowaniu miejsca siedzącego. To jeden z piękniejszych widoków niezależnie od pory dnia i pory roku. Jednak, kiedy trafimy tam jesienią podczas jednego z bardziej deszczowych dni wrażenia paradoksalnie będą najlepsze. Ta mgła i ten zapach

Zapach poczujemy kilka chwil później. To dym z wagonów sypialnych, których zawsze na peronie jest bez liku. Klimat megafonu, przekomarzających się podróżnych

Lwów to bardzo bezpieczne miasto, chociaż rejon dworca często określany jest, jako ten mniej pod tym względem ciekawy. Ja wiem, iż zdanie człowieka, który jeździł do najbardziej niebezpiecznej dzielnicy Chicago w celu kupienia arbuza może ma ograniczoną wartość, ale powiadam- we Lwowie nigdy nie spotka Was nic złego

AKT II – advance tickets sale



Emocje- to dotknie Was na pewno i z pewnością już na samym wstępie. Nie ważne gdzie się udajecie. Lwów to miasto, gdzie zawsze zadziwiają mnie dwie rzeczy. Pierwsza to bezwypadkowa jazda taksówkami, druga sposób w jaki na torach trzymają się tamtejsze tramwaje. Jeżeli wybierzemy ten pierwszy sposób przemieszczania się możemy od razu założyć, iż trafimy na mistrza kierownicy w automobilach typu Łada. Pokonywanie na milimetry innych pojazdów, wyskakiwanie na kocich łbach, prześlizgiwanie się między tramwajami oraz próba rozjechania kilku przechodniów to chleb powszedni. Poproście kiedyś o jazdę bez trzymanki „bo mam malo czasu na pociąg- emocje rodem z CedarPoint gwarantowane

To może jednak tramwaj? Wybierzcie linię numer jeden. Nawet po podwyżce biletów na 5hr (z 2) to wciąż chyba najtańszy turystyczny tramwaj świata, który zawiezie Was na środek tamtejszego rynku. To tak, jakbyśmy wjechali na rynek w Krakowie. Za jedyne 90groszy. Po drodze zdołacie przy okazji złapać klimat miasta i jego piękne ulice. To taki Kraków tylko o wiele bardziej rozbudowany pod względem piękna

Jak już jesteśmy przy tramwaju. Wybierzcie ten bardziej zatłoczony. Być może luźniejszy byłby bardziej komfortowy, ale ten pierwszy posiada najbardziej zaawanasowany system sprzedaży biletów. Ustawiamy się na jego końcu, wyjmujemy 5hr i dajemy najbliższej osobie. Przez kilka minut obserwujemy zmieniający się krajobraz za oknem, aby po lekkim stuknięciu odebrać zakupiony przez pasażerów bilecik, który właśnie przywędrował do nas od samego motorniczego. Cool.

AKT III – gościnność



Na tym kończy się turystyczna część tego weekendu. Robcie co chcecie, chłońcie co chcecie

Przywitanie ze znajomymi, jak zawsze bardzo miłe. To naprawdę nasza wzmocniona idea chleba i soli, to na co czekam zawsze w dużej mierze pojawia się przy stole. Tym razem czasu jest mało ponieważ plany zawierają filharmonię.

Klimat lekko niedoświetlonego miasta zawsze robi na mnie wielkie wrażenie. Nie ważne czy to pierwszy, dziesiąty czy setny spacer. Każda kamienica kryje swoją historię, każdy chodnik prowadzi zawsze w magiczne miejsca, te już doskonale znane i te, które dopiero będzie mi dane poznać.

Lwowska filharmonia także daje radę i pod względem wystawianego repertuaru, jak i samego wnętrza. Ileż tutaj też młodzieży

We Lwowie mogę liczyć, iż każdy wieczór będzie wyjątkowy i przeważnie w innym miejscu. To, co tutaj kocham zawsze zawiera się w kamienicach. Każde spotkanie jest u kogoś a ten ktoś zawsze mieszka na starym mieście. Nigdy to nie jest osiedle z trzema domofonami na strzeżonym osiedlu. Wejście zawsze zajmuje mi kilkadziesiąt minut. Drewniane drzwi, piękna stara mozaika, stare okna z małymi witrażami. Owszem wszystko być może mało zadbane, być może trzeba sobie samemu załatwić żarówkę i ją wkręcić, aby nie zabić się później na schodach ale nic to. Podwórka ze starymi trzepakami, na których rzeczywiście wciąż bawią się dzieci, zaniedbane ale robiące naturalny klimat rośliny, kamienie i piach tam, gdzie właśnie byśmy się go spodziewali

Później już tylko te prawdziwe jedzenie, które kocham przy naprawdę zawsze inspirujących rozmowach.

AKT IV – targi



Właśnie tuż po tym jak się obudzimy idziemy tam, gdzie kupujemy te wspaniałości. Targi Lwowa to temat na przynajmniej kilka książek. Każdy wyjątkowy, każdy mający swoje osobowości, tajemnice i niespodzianki. Oj jak dobrze, że tu nie ma norm, przesadnej kontroli i wszystkiego tego, co psuje nam radość obcowania z prawdziwym, zdrowym jedzeniem.

Na moim jest dziadek z Karpat. Jedzie 130km aby przywieźć kilka najwspanialszych serów i warzyw, jakie jadam w roku kalendarzowym. Tylko nieliczni wiedzą gdzie go szukać i dzięki kilku osobom jesteśmy właśnie w stanie być u niego pierwsi. Zrobienie masła to później sztuka banalna, dokładamy świeży chleb, ser i całą resztę.

Oczywiście nie samym domem człowiek stoi. Lwów to też niesamowite knajpki, niezależnie czego szukamy to znajdziemy. Moim faworytem od lat jest Green- Raw Food. Mogę tam siedzieć godzinami, chociaż zmieniająca się co kwartał karta niestety traci smakołyki, które są moimi faworytami.

Tuż obok cukiernia. Słodycze lwowskie to ostatni bastion słodyczy na kontynencie, przynajmniej na zachód od tego miasta. Dobrze, przyznaje się bez bicia. Ilość ptysów, jakie tam zajadam niszczy cały schemat zdrowego odżywiania się. Warto jednak

AKT V- this is war



Tymczasem kolejny wieczór znów w innej kamienicy. Przedwojenny budynek robi na mnie kolosalne wrażenie, czterometrowe a może i wyższe mieszkanie tym bardziej. Stół, świece i klimat lwowski. Na stole znów chleb, owe stworzone rano masło i adżika. Jak dla mnie zestaw wystarczający, chociaż jest tego wiele więcej. To zawsze jest jakiś taki pomruk przeszłości, kiedy siedzi się przy tym stole. Te wszystkie osoby wydają się zupełnie inne, wszystko gdzieś tam w tle ma tyle szczerości

To był wyjątkowy wieczór głównie dzięki niemu. Przyszedł, usiadł, napił się pysznej swoją drogą nalewki i zaczął opowiadać. Opowiadać o froncie w Donbasie. Ja wiem, iż w Nowej Hucie być może też przed oczyma latały nam swojego czasu siekiery i maczety. To jednak zupełnie inna historia. Opowieść 25leniego mężczyzny, dla mnie generalnie chłopca, była przeżyciem ogromnym. Gdzieś tam wybiła 5 rano i zasnąłem. Gdzieś na jakimś antyku jak sądzę

AKT VI- bagietka



Poranny spacer do domu i za chwilę wyjście po bilet na dworzec. Pierwsza wizyta na kawie w budce na skrzyżowaniu. Nie było mnie ponad miesiąc, ale nikt nie zapomina imienia. Nie trzeba także mówić, co chciałbym się napić. Kilka minut później od babci kupimy Kaki- to nie takie Kaki jak u nas, tamto naprawdę doprowadza do tego, iż nie jesteśmy w stanie poruszyć przez kilka minut ustami. Pycha

Mijamy place zabaw, gdzie widok biegających za piłką dzieci jest bardzo budujący. Piekarnia, która w niedzielny poranek zaprasza po świeże pieczywo jest także obowiązkiem. Jak typowy dzieciak kupuje i zajadam idąc na dworzec poznając nową przepiękną ulicę. Siadam, aby za chwilę dzielić ławkę z przypadkowo napotkanym człowiekiem starszej daty. Zajadamy już razem ową bagietkę a po godzinie znam historię każdej kamienicy w promieniu kilku metrów. Ta interaktywność tamtejszych ludzi to jest właśnie prawdziwy Lwów. Może nie zgłębimy tego podczas pierwszego czy drugiego pobytu, może nie na samym rynku. Pójdźmy jednak w nieznane, w te stare uliczki, w te miejsca z historią i nie spieszmy się. Zostaniemy wynagrodzeni.

Pociąg ucieka, biletu i tak nie ma, ale co tam. Zjedliśmy bagietkę i było super a pociąg z godziny 16 tylko nam to jeszcze wynagrodzi. Sypialny z Oddessy ma jeszcze ciekawsze klimaty niż Intercity z godzin wcześniejszych.

Zachęcam

No i zapomniałem Adżiki - ja pierdole  (zwracam uwagę, iż podczas Lwowskiej wędrówki nie zakląłem ani razu )

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz