AKT I – Lewa flanka
Lwów- miasto, które albo pokochamy
albo znienawidzimy. Ja uznaje tylko to pierwsze słowo. Jeżeli jednak cenimy porządek, ład i czystość no to może być problem....
Jak oddać jego magię, ludzi,
problemów, radości i zwykłego zapachu. Ten ostatni poczujemy
przynajmniej wyraźnie na wstępie. To dlatego warto się poświecić
i dojechać tam koleją żelazną, zwłaszcza teraz, kiedy połączeń
jest naprawdę wystarczająco dużo.
Może to była moja setna wizyta, a
może nie. Najlepiej jednak wspominam właśnie te, kiedy tuż przed
wjazdem na jeden z najpiękniejszych dworców kolejowych, wagony
uginają się pod wpływem lewoskrętu. Dlatego też zawsze
wybierajmy lewą stronę przy zajmowaniu miejsca siedzącego. To
jeden z piękniejszych widoków niezależnie od pory dnia i pory
roku. Jednak, kiedy trafimy tam jesienią podczas jednego z bardziej
deszczowych dni wrażenia paradoksalnie będą najlepsze. Ta mgła i
ten zapach
Zapach poczujemy kilka chwil później.
To dym z wagonów sypialnych, których zawsze na peronie jest bez
liku. Klimat megafonu, przekomarzających się podróżnych
Lwów to bardzo bezpieczne miasto,
chociaż rejon dworca często określany jest, jako ten mniej pod tym
względem ciekawy. Ja wiem, iż zdanie człowieka, który jeździł
do najbardziej niebezpiecznej dzielnicy Chicago w celu kupienia
arbuza może ma ograniczoną wartość, ale powiadam- we Lwowie nigdy
nie spotka Was nic złego
AKT II – advance tickets sale
Emocje- to dotknie Was na pewno i z
pewnością już na samym wstępie. Nie ważne gdzie się udajecie.
Lwów to miasto, gdzie zawsze zadziwiają mnie dwie rzeczy. Pierwsza
to bezwypadkowa jazda taksówkami, druga sposób w jaki na torach
trzymają się tamtejsze tramwaje. Jeżeli wybierzemy ten pierwszy
sposób przemieszczania się możemy od razu założyć, iż trafimy
na mistrza kierownicy w automobilach typu Łada. Pokonywanie na
milimetry innych pojazdów, wyskakiwanie na kocich łbach,
prześlizgiwanie się między tramwajami oraz próba rozjechania
kilku przechodniów to chleb powszedni. Poproście kiedyś o jazdę
bez trzymanki „bo mam malo czasu na pociąg- emocje rodem z
CedarPoint gwarantowane
To może jednak tramwaj? Wybierzcie
linię numer jeden. Nawet po podwyżce biletów na 5hr (z 2) to wciąż chyba najtańszy turystyczny tramwaj świata, który zawiezie Was na
środek tamtejszego rynku. To tak, jakbyśmy wjechali na rynek w
Krakowie. Za jedyne 90groszy. Po drodze zdołacie przy okazji złapać
klimat miasta i jego piękne ulice. To taki Kraków tylko o wiele
bardziej rozbudowany pod względem piękna
Jak już jesteśmy przy tramwaju.
Wybierzcie ten bardziej zatłoczony. Być może luźniejszy byłby
bardziej komfortowy, ale ten pierwszy posiada najbardziej
zaawanasowany system sprzedaży biletów. Ustawiamy się na jego
końcu, wyjmujemy 5hr i dajemy najbliższej osobie. Przez kilka minut
obserwujemy zmieniający się krajobraz za oknem, aby po lekkim
stuknięciu odebrać zakupiony przez pasażerów bilecik, który
właśnie przywędrował do nas od samego motorniczego. Cool.
AKT III – gościnność
Na tym kończy się turystyczna część
tego weekendu. Robcie co chcecie, chłońcie co chcecie
Przywitanie ze znajomymi, jak zawsze
bardzo miłe. To naprawdę nasza wzmocniona idea chleba i soli, to na
co czekam zawsze w dużej mierze pojawia się przy stole. Tym razem
czasu jest mało ponieważ plany zawierają filharmonię.
Klimat lekko niedoświetlonego miasta
zawsze robi na mnie wielkie wrażenie. Nie ważne czy to pierwszy,
dziesiąty czy setny spacer. Każda kamienica kryje swoją historię,
każdy chodnik prowadzi zawsze w magiczne miejsca, te już doskonale
znane i te, które dopiero będzie mi dane poznać.
Lwowska filharmonia także daje radę i
pod względem wystawianego repertuaru, jak i samego wnętrza. Ileż
tutaj też młodzieży
We Lwowie mogę liczyć, iż każdy
wieczór będzie wyjątkowy i przeważnie w innym miejscu. To, co
tutaj kocham zawsze zawiera się w kamienicach. Każde spotkanie jest
u kogoś a ten ktoś zawsze mieszka na starym mieście. Nigdy to nie
jest osiedle z trzema domofonami na strzeżonym osiedlu. Wejście
zawsze zajmuje mi kilkadziesiąt minut. Drewniane drzwi, piękna
stara mozaika, stare okna z małymi witrażami. Owszem wszystko być
może mało zadbane, być może trzeba sobie samemu załatwić
żarówkę i ją wkręcić, aby nie zabić się później na schodach ale nic to. Podwórka ze starymi
trzepakami, na których rzeczywiście wciąż bawią się dzieci,
zaniedbane ale robiące naturalny klimat rośliny, kamienie i piach
tam, gdzie właśnie byśmy się go spodziewali
Później już tylko te prawdziwe
jedzenie, które kocham przy naprawdę zawsze inspirujących
rozmowach.
AKT IV – targi
Właśnie tuż po tym jak się obudzimy
idziemy tam, gdzie kupujemy te wspaniałości. Targi Lwowa to temat
na przynajmniej kilka książek. Każdy wyjątkowy, każdy mający
swoje osobowości, tajemnice i niespodzianki. Oj jak dobrze, że tu
nie ma norm, przesadnej kontroli i wszystkiego tego, co psuje nam
radość obcowania z prawdziwym, zdrowym jedzeniem.
Na moim jest dziadek z Karpat. Jedzie
130km aby przywieźć kilka najwspanialszych serów i warzyw, jakie
jadam w roku kalendarzowym. Tylko nieliczni wiedzą gdzie go szukać
i dzięki kilku osobom jesteśmy właśnie w stanie być u niego
pierwsi. Zrobienie masła to później sztuka banalna, dokładamy
świeży chleb, ser i całą resztę.
Oczywiście nie samym domem człowiek
stoi. Lwów to też niesamowite knajpki, niezależnie czego szukamy
to znajdziemy. Moim faworytem od lat jest Green- Raw Food. Mogę tam
siedzieć godzinami, chociaż zmieniająca się co kwartał karta
niestety traci smakołyki, które są moimi faworytami.
Tuż obok cukiernia. Słodycze lwowskie
to ostatni bastion słodyczy na kontynencie, przynajmniej na zachód
od tego miasta. Dobrze, przyznaje się bez bicia. Ilość ptysów,
jakie tam zajadam niszczy cały schemat zdrowego odżywiania się.
Warto jednak
AKT V- this is war
Tymczasem kolejny wieczór znów w
innej kamienicy. Przedwojenny budynek robi na mnie kolosalne
wrażenie, czterometrowe a może i wyższe mieszkanie tym bardziej.
Stół, świece i klimat lwowski. Na stole znów chleb, owe stworzone
rano masło i adżika. Jak dla mnie zestaw wystarczający, chociaż
jest tego wiele więcej. To zawsze jest jakiś taki pomruk
przeszłości, kiedy siedzi się przy tym stole. Te wszystkie osoby
wydają się zupełnie inne, wszystko gdzieś tam w tle ma tyle
szczerości
To był wyjątkowy wieczór głównie
dzięki niemu. Przyszedł, usiadł, napił się pysznej swoją drogą
nalewki i zaczął opowiadać. Opowiadać o froncie w Donbasie. Ja
wiem, iż w Nowej Hucie być może też przed oczyma latały nam
swojego czasu siekiery i maczety. To jednak zupełnie inna historia.
Opowieść 25leniego mężczyzny, dla mnie generalnie chłopca, była
przeżyciem ogromnym. Gdzieś tam wybiła 5 rano i zasnąłem. Gdzieś
na jakimś antyku jak sądzę
AKT VI- bagietka
Poranny spacer do domu i za chwilę
wyjście po bilet na dworzec. Pierwsza wizyta na kawie w budce na
skrzyżowaniu. Nie było mnie ponad miesiąc, ale nikt nie zapomina
imienia. Nie trzeba także mówić, co chciałbym się napić. Kilka
minut później od babci kupimy Kaki- to nie takie Kaki jak u nas,
tamto naprawdę doprowadza do tego, iż nie jesteśmy w stanie
poruszyć przez kilka minut ustami. Pycha
Mijamy place zabaw, gdzie widok
biegających za piłką dzieci jest bardzo budujący. Piekarnia,
która w niedzielny poranek zaprasza po świeże pieczywo jest także
obowiązkiem. Jak typowy dzieciak kupuje i zajadam idąc na dworzec
poznając nową przepiękną ulicę. Siadam, aby za chwilę dzielić
ławkę z przypadkowo napotkanym człowiekiem starszej daty. Zajadamy
już razem ową bagietkę a po godzinie znam historię każdej
kamienicy w promieniu kilku metrów. Ta interaktywność tamtejszych
ludzi to jest właśnie prawdziwy Lwów. Może nie zgłębimy tego
podczas pierwszego czy drugiego pobytu, może nie na samym rynku.
Pójdźmy jednak w nieznane, w te stare uliczki, w te miejsca z
historią i nie spieszmy się. Zostaniemy wynagrodzeni.
Pociąg ucieka, biletu i tak nie ma,
ale co tam. Zjedliśmy bagietkę i było super a pociąg z godziny 16
tylko nam to jeszcze wynagrodzi. Sypialny z Oddessy ma jeszcze
ciekawsze klimaty niż Intercity z godzin wcześniejszych.
Zachęcam
No i zapomniałem Adżiki - ja pierdole (zwracam uwagę, iż podczas Lwowskiej wędrówki nie zakląłem ani razu )
No i zapomniałem Adżiki - ja pierdole (zwracam uwagę, iż podczas Lwowskiej wędrówki nie zakląłem ani razu )






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz